Quod scimus gutta est, ignoramus mare

Rozdział 9



                Po zakończonej ceremonii Daliwia otrzymała diadem w postaci skórzanej opaski zawiązywanej z tyłu głowy. W końcu pozwolono jej usiąść. Chociaż najchętniej poszłaby spać, nie mogła nawet okazać, jak bardzo jest zmęczona. Przez kolejną godzinę przyjmowała gratulacje oraz życzenia. Uśmiech nie znikał jej z twarzy, pomimo bólu i zmęczenia, a żadne podziękowania nie brzmiały jak wymuszone. Na końcu podszedł do niej Aaron wraz z młodzieńcem u boku. Domyśliła się, że to jego jedyny syn i prawdopodobnie następca urzędu. Byli do siebie bardzo podobni, jedynak odziedziczył po nim ciemne włosy i urodziwość połączoną z młodzieńczym urokiem. Jedynie jego oczy były niezwykle zielone. Miał nieco ponad dwadzieścia lat. Jego osoba zainteresowała Daliwię, wydawał się jej bardzo atrakcyjny, lecz jedno spojrzenie na Hektora wystarczyło, by nabrać podejrzeń. Jednakże nie dała tego po sobie poznać, uśmiechnęła się jeszcze szerzej i chciała wstać, chociaż nie musiała. Sprawując władzę religijną, miała identyczną rangę co Władca. Zrobiłaby to tylko ze zwykłej grzeczności.
- Nie wstawaj, Kapłanko, pewnie jesteś zmęczona – powiedział Aaron, widząc co zamierza.
- Dziękuję za wyrozumiałość, Władco – odpowiedziała Daliwia.
- To mój syn, Kilian – przedstawił swojego potomka, dopuszczając go w końcu do jej osoby.
                Młody mężczyzna ujął szarmancko jej dłoń i złożył na niej delikatnie pocałunek. Daliwia uniosła zdziwiona brwi, ale nic nie powiedziała.
- Diadem w szczególności ci pasuje, pani – powiedział Kilian, nie puszczając jej. – To zaszczyt móc cię tak szybko poznać.
- Mnie również jest niezwykle miło – rzuciła dziewczyna, nadal zszokowana jego niecodziennym zachowaniem.
                Aaron zajął się w międzyczasie rozmową ze Staromłodym, gratulując mu organizacji, lecz nie ukrywał, że bacznie obserwował zachowanie syna. Tamten skupił swoją uwagę na Hektorze. Strażnik zlustrował go tylko od stóp do głów i odparł sucho:
– Kilianie, dobrze cię widzieć – skinął przy tym delikatnie głową.
- Ciebie również. – Syn Władcy ewidentnie chciał podtrzymać rozmowę. – Nie spodziewałem się, że zajdziesz tak daleko.
- Nie zabiegałem o to – odparł Hektor. – Ale nie odmawia się, kiedy osobiście prosi cię Wielka Kapłanka.
- A jak to się stało?
- Obronił mnie raz w dzieciństwie, zatem zdecydował, że będzie mnie bronić również teraz – wtrąciła się Daliwia, dając też tonem do zrozumienia, że nie życzy sobie więcej pytań na ten temat.
- Mi jednak odmówił – zaśmiał się Kilian, ale zrozumiał aluzję. Dało się wyczuć, że jego reakcja nie była do końca szczera. – Trudno się godzi z porażkami.
                Daliwia zaczęła się denerwować, poprosiła Staromłodego, żeby ogłosił, iż chce coś powiedzieć. Gdy wszyscy zgromadzeni umilkli gotowi jej wysłuchać, wstała i poprawiła szaty.
- Kochani – zaczęła – po pierwsze dziękuję wam za przybycie. Wiem, że dla niektórych była to wyczerpująca podróż. Po drugie chciałabym spędzić z wami więcej czasu, lecz nawet organizm Wielkiej Kapłanki ma swoje ograniczenia, więc jeśli pozwolicie, pójdę odpocząć. Nie chcę nikomu ziewnąć prosto w twarz. – Niektórzy się zaśmiali. – Mam nadzieję, że jeszcze dane nam będzie się spotkać. Tymczasem ucztujcie i cieszcie się towarzystwem. Niech Wielka Bogini będzie z wami – pozdrowiła ich i nie żegnając się z nikim szczególnie, odwróciła się i pod eskortą Hektora odeszła w stronę Domu Zwierząt.
                Gdy emocje zaczęły opadać, im bliżej była domu, tym słabsze były jej nogi, lecz wiedziała, że nadal ja obserwują. Próbowała nie zemdleć, więc  poprosiła przyjaciela o to, żeby mogła chociaż iść z nim pod ramię. Przez sekundę spojrzała w kierunku lasu i wydawało jej się, że ujrzała jakiś przebłysk, lecz szybko o tym zapomniała, ponieważ znów ugięły się pod nią nogi.

                Pierwszej Wielkiej Kapłance nie udało się osiągnąć wszystkiego, co zaplanowała. Liczba świątyń poświęconych Bogini wciąż rosła, a jej ciężko było wszystkiemu sprostać. Potrzebne były kolejne kapłanki i wiele innych osób, by kult Bogini nie zaniknął. Bo czterdziestu latach pracy Wielka Kapłanka zaczęła poważnie chorować. Pomimo wielu składanych ofiar i modlitw, jej stan wydawał się nie poprawiać. Na ile była w stanie, na tyle spełniała swoje obowiązki. Wybrała swoją następczynię, a Boskiemu Strażnikowi poleciła zrobić to samo, gdyby nadeszła jego pora.
                Jednakże w niewiele czasu później do przybył do niej [Kapłanki] młody wojownik będący wodzem jednego z największych i najsilniejszych plemion. Zażądał ślubu w zamian za dostarczenie jej wszystkiego czego zechce, na chwałę Wielkiej Bogini. Kapłanka po wielu dniach namysłu i wysłuchania odmownych rad swojego Strażnika, który darzył ją prawdziwą miłością, zdecydowała się zgodzić na propozycję wojownika. Potrzebne było miejsce, gdzie mogłyby odbywać szkolenia przyszłe kapłanki i wiele innych. Wiedziała ona jednak, że niedługo będzie jeszcze mogła służyć, więc spisała to wszystko, by kontynuowano jej dzieło.
                Ten oto władca plemienia ceremonią zaślubin z Wielką Kapłanką uświęcił swoją władzę. Tym samym narodziła się tradycja, by każdy, kto ma być prawowitym Władcą, miał za żoną Wielką Kapłankę. To wojownikowi nie wystarczyło, bał się, zażądał również od niej potomka, pomimo jej wątłego zdrowia i niemalże podeszłego wieku. Nie uzyskał na to jej zgody, więc próbował zdobyć to siłą, dlatego zabił go Boski Strażnik. Nie poradził on sobie jednak z wieloma wojownikami z plemienia wodza. Powiada się, że zabił on ich setkę z wściekłości za krzywdę Wielkiej Kapłanki, nim sam złożył życie w jej obronie. Sama Kapłanka próbując pomóc swojemu Strażnikowi odniosła ranę. Zanim jednak wyzionęła ducha, według relacji jej następczyni, która zdążyła się tam zjawić i być przy niej, podczas ostatnich oddechów, złożyła ostatnią ofiarę, która jednocześnie była klątwą obciążający ród wodza. Podówczas … [ nigdy nie odnaleziony fragment ].

                Pierwsze dwa tygodnie października nie zapowiadały niczego dobrego w życiu Daliwii. Dziewczynę szybko dopadło przemęczenie, przez co była okropnie nerwowa i miała problemy z koncentracją. Do południa jej czas wypełniały zajęcia, na które starała się dobrze przygotować, na co schodziły jej wieczory. Co drugi dzień i na weekendy wracała do Bety, by ustalać z architektami remont jej gabinetu oraz omawiać jej własne projekty mebli. Miała też do ustalenia termin kolegium, wszystko do końca miesiąca. Musiała kiedyś spotkać się ze wszystkimi Kapłankami, jednakże odwlekała to, czując w środku, że Bogini czegoś od niej oczekuje, ale nie potrafiła wpaść, co to miałoby być. Czekała na jakieś cudowne olśnienie, albo najlepiej szczegółowe wytyczne od niej samej. Spędzało jej to sen z powiek, a wieczne wypytywanie przez Roksanę strasznie denerwowało. Jakby dziewczyna nie mogła najzwyczajniej na świecie zrozumieć, że ona w ich mieszkaniu głównie nocuje. Resztą nie musiała się interesować.

Beta
                Zanim gabinet Daliwii miał uzyskać swoją ostateczną formę, czekał ją wybór asystenta. Pewnego sobotniego popołudnia Hektor ze Staromłodym ustawili stół i cztery krzesła z zamiarem znalezienia odpowiedniego kandydata. Zapowiadała się ładna, ciepła pogoda, więc postanowili przeprowadzić wszystko na zewnątrz, zwłaszcza że wcześniej Opiekun Domu Zwierząt przejrzał wszystkie zgłoszenia, które napłynęły i wybrał trzydzieści według niego najbardziej odpowiednich osób. Wielka Kapłanka ufała jego decyzjom, lecz poprzedni wieczór spędziła z Hektorem przygotowując się i przeglądając dokumenty, lecz nikt szczególny nie zwrócił jej uwagi.
                Następnego dnia ubrała tenisówki, dżinsy i lekki sweterek, na głowę nałożyła diadem, nie chciała wyglądać zbyt kapłańsko, żeby nikogo specjalnie nie stresować. Zależało jej, by podjąćć decyzję raz a porządnie. Na każdego kandydata postanowili poświęcić około dwudziestu minut. Jednakże z niektórymi żegnali się po krótkiej chwili, jak z dziewczyną, która na wejściu spytała się, gdzie jest Wielka Kapłanka, przecież miała tu być i ona chce ją zobaczyć, bo inaczej ona z nikim nie rozmawia. Albo chłopak, który prawił tyle komplementów całej trójce, że Daliwia przerwała mu tylko jednym zdaniem:
- Panu już podziękuję. Przepraszam za bezczelność. Nie szukam kogoś, kto będzie mi się podlizywał i ze mną flirtował, tylko ciężko i systematycznie pracował.
Co trzecia osoba tłumaczyła swoje pokrewieństwo, jak siódma woda po kisielu, a to z tym, a to z innym Władcą. To dystansowało od razu Daliwię, podobnie jak podejście niektórych mężczyzn, myślących, że uda im się ugrać coś na piękne oczy. Tym, którzy wstępnie niczym nie podpadli zadawała pytanie z geografii kraju i z biologii, pokazując szkielet psa i kota, prosząc o ich rozpoznanie. Wiadomo było, że to praca przynosząca zaszczyty i dobrą pensję, więc wielu miało na nią chętkę.
                - Nie jesteś zadowolona – westchnął Staromłody, gdy pożegnali ostatnią osobę. – Czemu? Mieliśmy wielu wspaniałych kandydatów, masz z czego wybierać.
- Żaden z nich mnie nie zachwycił – wstała, by odrobinę rozprostować nogi i pokrążyć dookoła, tak najlepiej się jej myślało. – Hektor?
- To ty będziesz z tym kimś pracować – odrzekł jej przyjaciel. – Pogodzę się z każdą twoją decyzją, no chyba, że szczególnie nie będzie mi się podobała.
- Już widzę jak mi o tym mówisz – żachnęła się dziewczyna. – Dajcie mi chwilkę, przejdę się w stronę Świątyni i się zastanowię.
                Będąc już w sporym oddaleniu od reszty podszedł do niej młody chłopak i lekko skłonił głowę.
- Przepraszam Wielka Kapłanko, nie chcę ci przeszkadzać, ale czy rozmowy z kandydatami się zakończyły? Byłem ostatni w kolejce, więc skorzystałem z okazji, by ujrzeć Świątynię, bowiem nie będę mógł mieć więcej takiej szansy – powiedział na jednym wydechu – Straciłem swoją szansę?
- Nie mieliśmy więcej dokumentów, ale możemy to sprawdzić – uśmiechnęła się do niego, widząc jak bardzo jest zdenerwowany – Przyjechałeś z daleka?
- Nie, Kapłanko mieszkam w pobliżu.
                Daliwia przyjrzała się mu. Miał na sobie odrobinę za duży garnitur, być może kiedyś idealnie na nim leżący. Próbował udawać, że nie przejmuje się znoszonymi, starymi butami na nogach. Był bardzo szczupły, niemal wychudzony, a pod oczami ogromne wory. Blond włosy zapewne zachwycałyby blaskiem, podobnie jak niebieskie oczy, gdyby chłopak był w pełni zdrowia i siły. Gdy dotarli z powrotem do stołu, Kapłanka poprosiła o jego dokumenty, które okazały się sklejone z innymi. Wróciła na swoje miejsce, by rozpocząć ostatnią rozmowę kwalifikacyjną.
- Drogomysł, oryginalne imię – zaczął Staromłody. – Przepraszamy za zamieszanie z dokumentami. Masz dwadzieścia pięć lat, większość osób, które zjawiły się tu dzisiaj ma już jeden ukończony kierunek na studiach wyższych, cała reszta jest w trakcie, a co z tobą?
                Młody mężczyzna spojrzał na Daliwię, kalkulując coś w myślach. Dziewczyna zadała mu te same pytania, co reszcie, odpowiedział bezbłędnie.
- Te osoby, nie potrafiły równie pewnie odpowiedzieć – wtrąciła się i uśmiechnęła przyjaźnie do Drogomysła, chcąc przełamać jego wewnętrzny opór. – Nie należy to do wiedzy powszechnej, skąd więc ty ją posiadłeś.
- Zacząłem studia weterynaryjne – odparł po chwili wahania, nie patrząc nikomu w oczy. – Ale po dwóch latach musiałem z nich zrezygnować. Pomagałem mojemu rodzeństwu uczyć się mapy w zeszłym tygodniu, coś mi z tego zostało.
- Dlaczego zrezygnowałeś? – dopytywała Kapłanka.
- Bo trzy lata temu zmarła nasza mama – westchnął ciężko. – Ojciec zostawił nas po narodzinach mojej najmłodszej siostry, bo stwierdził, że odechciało mu się zabawy w wielką rodzinę. Zrzekł się wszelkich praw do nas. Zostałem sam z piątką rodzeństwa. Rzuciłem studia, podjęłam pracę, byle żeby nas nie rozdzielili. Jestem ich opiekunem, i nie powiem trochę mnie to wykańcza, zwłaszcza, że brat jest bardzo chorowity i często potrzebuje większej opieki – ukrył twarz w dłoniach.
- Czemu o tym nie napisałeś w zgłoszeniu?
- Nie chciałem, żeby ktokolwiek brał mnie na litość – odparł, a w jego oczach cała trójka dostrzegła ukrytą gdzieś siłę. Daliwia nie wiedziała, czemu Staromłody wybrał akurat jego zgłoszenie, być może Bogini maczała w tym palce, ale teraz jej to nie interesowało.
- W jakim wieku jest twoje rodzeństwo? – zapytała cały czas uśmiechnięta.
- Czternaście, dziesięć, siedem, sześć, cztery – odpowiedział bez zastanawiania.
- Czy jesteś w stanie udźwignąć brzemię pracy jako mój asystent i połączyć to z opieką nad tą gromadką?
- Jestem – odpowiedział wyprostowując się – Zrobię dla nich wszystko, nawet jeśli ja miałbym zarobić się na śmierć.
                Daliwia przez chwilę przyglądała mu się uważnie, podjęła już decyzję, poprosiła Hektora, by ogłosił ją pozostałym kandydatom. Drogomysłowi zaś zaproponowała towarzystwo w ponownej drodze do Świątyni. Milczeli, dopóki nie dotarli na miejsce.
- Domyślam się, że robisz to głównie dla pieniędzy prawda?
- Owszem, Kapłanko – odpowiedział chłopak spojrzywszy w kierunku budowli. – Nie wierzę w Wielką Boginię. Nasza mama wierzyła, udawałem więc przed nią, że też to robię. Pod koniec życia chorowała, prosiłem o zdrowie dla niej, po jej śmierci już w ogóle przestałem wierzyć. Zaszczepiła jednak to w dzieciakach i nie chcę im tego odbierać, to też sposób, by ją wspominały.
- Nie będę cię do niczego przymuszała, w zgłoszeniu napisałeś, że potrafisz organizować rozsądnie czas i przestrzeń oraz jesteś schludny i uporządkowany. Tego potrzebuję najbardziej. Z chęcią poznam twoje rodzeństwo. Przyprowadź je pierwszego dnia i niech przygotują ofiarę dla Tane, żeby dusza waszej mamy była spokojna w Świecie Zmarłych i dla Vite, żeby twój brat zyskał lepsze zdrowie.
- Dziękuję, Wielka Kapłanko – odpowiedział niemal płacząc. – Nie zawiodę cię.
                Daliwia uśmiechnęła się ponownie i pożegnała Drogomysła, by jak najszybciej mógł podzielić się dobrą nowiną z rodziną. Zwróciła wzrok w kierunku Świątyni i wyszeptała cicho: – Co ty kombinujesz?
Jednakże była zadowolona, więc wróciła do domu z myślą czającą się z tyłu głowy, że o czymś zapomniała.

Alfa
                Na studiach Daliwia obserwowała ludzi, chcąc zyskać sobie jakąś przyjazną duszę, która podsyłałaby jej notatki przy jej wielu nieobecnościach, które będą miały na pewno miejsce. W drugim tygodniu października podeszła do dziewczyny na wózku, która zazwyczaj siedziała na uboczu. Miały okazję być sobie przedstawione, ale więcej nie rozmawiały. Niepełnosprawna studentka miała krótkie brązowe włosy i oczy tego samego koloru
- Hej, Olka! – zagadnęła do niej Kapłanka, przysiadając się na jednym z wykładów. Profesor zapomniał czegoś z gabinetu i wyszedł na chwilę.
- Cześć! – odpowiedziała dziewczyna zdziwiona jej obecnością. – Daliwia, dobrze pamiętam?
- Dokładnie. Słuchaj, nie chcę owijać w bawełnę, ani prawić ci słodkich gadek. Widzę, że jesteś jedną z niewielu osób, którym zależy i chciałabym poprosić cię o pomoc. Wiem już z góry, że często mnie nie będzie, więc mogłabym cię wtedy poprosić o notatki? – wydusiła z siebie.
- Spoko. – Dziewczyna wzruszyła ramionami nie chcąc podejmować dalszych dyskusji. Ludzie albo podchodzili do niej z litością, albo ją wykorzystywali, uważała że na studiach nie będzie inaczej. Nie prosiła się przecież o wózek.
- Dobra, głupio to zabrzmiało. Słuchaj Ola, nie chcę cię wykorzystywać – powiedziała Daliwia zawstydzona swoim zachowaniem. W międzyczasie wrócił profesor zdążył uruchomić prezentację i zaczął wykład – Ale …
- Spoko – przerwała jej dziewczyna i skupiła całą swoją uwagę na wykładzie.
                Kapłanka westchnęła ciężko i osunęła się na krzesło. Wzięła długopis w dłoń, ale nadal roztrząsała sposób, w jaki zwróciła się o pomoc. Jej umysł nie zarejestrował nawet, o czym był ten wykład. Profesor pokazywał mnóstwo zdjęć, z których żadnego nie zapamiętała. Wenus z jakiegoś tam dorfu*, jakaś Bogini Matka** nie wiadomo skąd. Nazwa miejscowości rozbawiła większość osób. Była tak zamyślona, że nie zauważyła, iż obok niej pojawiła się młoda kobieta. Lekko podskoczyła słysząc jej głos i ogólnie rejestrując obecność.
- Serio, tak mnie kiedyś widzieli? – mówiła do siebie. – Ja nigdy nie byłam taka gruba. Nawet w …
- To ty – wyszeptała przerywając jej Daliwia. Szok odebrał jej mowę i nie mogła przestać się przyglądać. Czuła, że to ona. Nie w całości, ale ona.
- Nie twierdzę, że nie – uśmiechnęła się. – Tylko, że reszta mnie nie wie, że tu jestem, więc nikomu nic nie mów. Chciałam cię w końcu poznać, bo ogromnie w ciebie wierzę. Widziałam, że masz problemy, więc tylko chcę ci podpowiedzieć, że inspiracji powinnaś szukać tutaj, gdzie jesteś. – Daliwia nadal nic nie potrafiła powiedzieć, kiwała tylko głową. – Muszę znikać. Jesteś przygotowana?
                Daliwię do rzeczywistości przywrócił głos profesora:
- Tak jak zapowiadałem, skończyliśmy dzisiaj wcześniej i zrobimy kolokwium z geografii.
                Przez głowę dziewczyny przemknęło się kilka przekleństw, o tym właśnie zapomniała. Z niezadowolona minę wzięła kartkę podaną przez pracownika uniwersytetu. Była wściekła na siebie i ledwo powstrzymywała się od wyżycia na niczego winnym długopisie. Wszyscy skończyli wcześniej, ale ona uparcie nie kończyła, myśląc, że dostanie olśnienia. W końcu została poproszona o oddanie kartki. Wyszła odrobinę przygaszona, nawet nie witając się z Damianem, który zaprosił ich na obiad. Kończył wcześniej zajęcia, więc postanowił podejść na wydział Daliwii i odebrać ją oraz Hektora, który zajęcia zazwyczaj przeczekuje czytając coś albo drzemiąc na ławkach przed salami. Chłopcy stwierdzili, że nie warto pytać.
- Daliwia, bo jeszcze zakupy trzeba zrobić, a tutaj niedaleko jest duży sklep – powiedział jej przyjaciel.
- To wy już idźcie, ja podskoczę do biblioteki i spotkamy się na przystanku – odparła Daliwia idąc już w swoją stronę.
                Damian wzruszył tylko ramionami, Hektor zaś westchnął. Wolał nie tracić jej z oczu, ale w Alfie to ona ustalała większość zasady. Dziewczyna wypożyczyła jedną książkę, którą ukryła w torbie i ruszyła na przystanek. Na miejscu spotkała Olkę. Trzymała w klatce na kolanach małą waleczną kotkę. Zwierzę zachowywało się niespokojnie, a dziewczyna nie mogła jej uspokoić.
- Milka, wiem, że jesteś po wizycie u weterynarza, ale to nie powód, by prychać na wszystko.
- Fajne imię. – Daliwia podeszła do nich. – Długo jest u ciebie?
- Pięć lat – odparła Olka – Ale pierwszy raz nie wiem, o co jej chodzi.
- Co jest Milka? – zapytała kotkę Kapłanka. – W domu mam wiele do czynienia ze zwierzętami. Może uda mi się coś zaradzić.
                Kotka słusznie dostała swoje imię była może i drobna, ale łaciata. Miała czarne futerko w białą łatki. – Niech no ich dorwę! – krzyczała na swój koci sposób – Nie będę mojej pani obrażać. Najcudowniejszej osoby na świecie. Oczy im wydrapię. Ona udaje, że nic nie słyszy, ale ja tak. I wy wszyscy ludzie, niby tacy nie wiadomo jacy, a zareagować nie potrafią. Nienawidzę was wszystkich.
                Daliwia rozejrzała szukając ludzi, w których wymierzona była złość zwierzęcia. Skupiła się na niej i nie słyszała jak trójka młodych chłopków wyśmiewa Olę. Palili papierosy, a Daliwia była niemal pewna, że brakuje im roku lub dwóch do pełnoletności. Wyzywali ją od kalek i innych, żartowali również z różnymi podtekstami. Nawet komentowali jej urodę, a im bardziej dziewczyna ich ignorowała, tym pozwalali sobie na głośniejsze żarty. Kapłanka spojrzała na swoją koleżankę ze studiów, widziała, że jest jej przykro. I chociaż wiedziała, że popełnia głupstwo, nie mogła stać bezczynnie. Ola nie była dla niej obca, a poza tym skoro Milka ją kochała, to musiała być dla niej dobrą opiekunką. Nie chciała zgrywać bohatera, ale i spróbować czasem trzeba. Podeszła do trójki małolatów i zażądała, by przestali wyśmiewać jej koleżankę, a najlepiej ją przeprosili. Zareagowali głośnym śmiechem i nic sobie z tego nie zrobili, kierując swoje wyjątkowe poczucie humoru na Daliwię, w której narastało zdenerwowanie, zaciskała mimowolnie pięści. Umiała się bić i tylko pacyfistyczna natura Liwii powstrzymywała ją od zadania ciosu.
- Ostatni raz mówię, żebyście przestali – powiedziała ze złością.
- Bo co nam zrobisz? Sama jedna na trzech? Kaleka ci nie pomoże. A zresztą czemu jej bronisz? To nic nie warta osoba … - W tym momencie jego nos uległ złamaniu pod wpływem uderzenia.
                Zanim pozostali się zorientowali, co się dzieje, ona zdążyła odskoczyć i przyjąć pozycję do walki. Z jednym poradziłaby sobie na spokojnie, z trzema mogło być trochę gorzej. Po raz kolejny zapytała, czy przeproszą. Rzucili się na nią, odskoczyła przed jednym, ale nie przed resztą. Zadała jeszcze kilka ciosów, ale sama otrzymała ich więcej. Złapał ją największy z nich i trzymał na tyle mocno, że Daliwia nie mogła się oswobodzić. Słyszała krzyki Oli, Milki, nawet ktoś już dzwonił na policję. Otrzymała kilka ciosów w brzuch i kopnięć po nogach. Ten, którego uderzyła pierwszego, wyciągnął scyzoryk i zaczął jej grozić.
                Wtedy znikąd pojawili się Hektor i Damian. Boski Strażnik bez problemu odebrał broń młodocianemu. Pozostali rzucili się na niego, ale obezwładnił ich wszystkich bez problemu. Spojrzał na Daliwię.
- Nic im więcej niej rób – powiedziała podtrzymywana przez przyjaciela. – Obrażali moją koleżankę. Mają ją przeprosić.
                Hektor zmusił ich do tego, Ola nie wiedziała jak zareagować. Nic nie powiedziała, więc młodzi chłopacy zaczęli uciekać, jak najdalej od nich.
- Nie trzeba było – powiedziała, gdy Daliwia mogła się już wyprostować. – Jestem do tego przyzwyczajona. Choćbyś chciała nie przeprowadzisz rewolucji – na to słowo dziewczynę olśniło - w myśleniu. Ale dzięki wielkie. Wam też – zwróciła się do Hektora i Damiana.
- Milka nie wybaczyłaby mi, gdybym nie zareagowała. Kocha cię nad życie – powiedziała obolała Kapłanka.
- Ja ją też – odparła Ola. – To mój tramwaj. Do zobaczenia na uczelni.
- My też się lepiej zmywajmy, zanim policja się zjawi – stwierdził Damian i zaczął ich pośpieszać.
- Daliwia, ja zawsze będę widział cię jako Wielka Kapłankę – powiedział ostro Hektor. – Ale naucz się, że w tym świecie to nic nie znaczy, a twój diadem jest zwykłą ozdóbką. Więcej to ma się nie powtórzyć. Musimy wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę dla Staromłodego.
- Wiem o tym doskonale – odpowiedziała wściekła.
                Cała trójka wróciła do mieszkania Damiana w nieciekawych nastrojach. Daliwia nie odzywając się do nikogo wyjęła notes, książkę z biblioteki i coś notowała. Przygotowywała rewolucję. Tym czasem pozostała dwójka przygotowała obiad. Jedzenie zawsze poprawia humor, więc gdy tylko zasiedli przy stole, przestali się na siebie złościć. Nawet wymyślali kolejne historyjki do wciśnięcia Opiekunowi Domu Zwierząt. Daliwia wyjawiła im też swoje wstępne plany. Zrezygnowała z zajęć następnego dnia i postanowiła spotkać się ponownie z architektami, Drogomysłem oraz wysłać oficjalną wiadomość o terminie kolegium.

*Chodzi o figurkę Wenus z Willendorfu (Austria).  https://pl.wikipedia.org/wiki/Wenus_z_Willendorfu
**Mowa o figurce Bogini Matki z Çatalhöyük (Turcja).  http://www.catalhoyuk.com/ (ang.; oficjalna strona prowadzonego tam projektu archeologicznego) I standardzik https://pl.wikipedia.org/wiki/%C3%87atalh%C3%B6y%C3%BCk

Rozdział 8



Alfa
                Sierpień dla Daliwii i jej bliskich był ciężkim czasem. Oficjalne uroczystości związane z przejęciem przez nią funkcji Wielkiej Kapłanki zbliżały się nieubłaganie, ona sama jak i Staromłody nie mogli już na siebie patrzeć. Każdy kolejny dzień ćwiczeń i prób kończył się kłótnią i trzaskaniem drzwiami. Ledwo dziewczyna zdołała opanować jakiś element skomplikowanej ceremonii, a już poznawała kolejny, czasami tak detaliczny, że zapominała o nim skupiając się na innych, które powinna wykonać. Raz na tydzień odwiedzała Damiana pod opieką Hektora, który nadal niechętnie przebywał w Alfie, chociaż zauważyła, że przestał mordować wzrokiem jej przyjaciela, gdy tylko go widział. Nadal zastanawiała się, co się działo, gdy zostali sami po raz pierwszy, gdy ich sobie przedstawiła, nigdy o to nie pytała i stwierdziła, że przyjdzie jeszcze na to odpowiedni czas. Codziennie rano, w południe i wieczór przypominała sobie formułkę, którą miała wymówić w czasie uroczystości. Pod koniec miesiąca towarzyszyła Opiekunowi Domu Zwierząt w przyjmowaniu listów i poselstw potwierdzających przybycie gości na ten dzień. Coraz bardziej powiększająca się lista przeraziła ją, więc nigdy więcej nie brała w tym udziału, żeby się nie stresować bardziej niż to było potrzebne. Do tego wszystkiego dochodziły zbliżające się wielkimi krokami studia, przy których musiała pilnować skomplikowanej papierologii.
                Wraz z nastaniem września musiała pojawić się w mieszkaniu i podpisać umowę oraz poznać swoją współlokatorkę. Gdy ją zobaczyła, zaczęła kojarzyć jakieś fakty z odległej przeszłości, a że miała ich dwie linie trwające po kilkanaście lat, nie dziwotą jest, że nazwisko nie wystarczyło, żeby wszystko sobie poukładać. Damian również przeprowadził się do swojej kawalerki, która co prawda była w sporym oddaleniu, ale miała do niego bezpośredni dojazd komunikacją miejską, co ją bardzo cieszyło. Tego dnia również oddała mu pod opiekę Hektora, a sama poznawała się ze swoją współlokatorką. Miała na imię Roksana i na pierwszy rzut oka była miła oraz bardzo gadatliwa, co niekiedy doprowadzało Daliwię do szału. Gdyby miała ją opisać, stwierdziłaby, że natura nie poskąpiła jej urody. Miała jasnorude włosy, które układały jej się nadzwyczajnie prosto i tworzyły ciekawą kompozycję z niebieskimi oczyma. Była wysportowana i szczupła, więc Daliwia nie dziwiła się, że idzie na akademię sportową, pasowała tam.  Przyszła Kapłanka starała się nie mówić za dużo o sobie, nie, gdy rozmawiały ze sobą pierwszy raz. I tak nie zamierzała przebywać za często w mieszkaniu w najbliższym czasie. Jeżeli miałaby się zaprzyjaźnić, to będą miały na to czas, bardzo dużo czasu.
                Właśnie kończyła sprzątanie swojego pokoju, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Roksana wyprzedziła ją i już po chwili Daliwia usłyszała znajome szczeknięcie. Uśmiechnęła się. Do mieszkania wbiegł niczym torpeda Maniek, który nawet się z nią nie przywitał, tylko stwierdził, że sprawdzi, czy tu na pewno jest bezpiecznie. Po nim, zmęczeni targaniem jej walizek na trzecie piętro, Damian i Hektor. Rzuciła się, żeby im pomóc i zaprowadzić zaraz do swojego pokoju.
- Hej, mieliśmy to załatwić pod koniec miesiąca! Odbiło wam?! – Zaczęła ich forsować zaraz po zamknięciu drzwi. Miała przeczucie, że jej nowa znajoma jest bardzo zainteresowana ich przybyciem, widziała jej cień krążący za drzwiami.
- Może chociaż jakieś podziękowania za targanie twoich rzeczy komunikacją miejską? – żachnął się Damian opadając na jej łóżko. Hektor podejrzliwie obserwował drzwi, spodziewając się ewentualnego wtargnięcia. Wpuścił tylko Mańka, który skończył obchód i stwierdził, że Daliwia może tu mieszkać. – Ojciec jutro chce przyjechać z rana. Wybacz, nie miałem jak i gdzie tego przechować.
- Dobra, rozumiem – westchnęła ciężko Daliwia i spojrzała na całą trójkę. Cieszyła się, że ma ich przy sobie. – A teraz chodźcie, wypadałoby was przedstawić. – Hektor chwycił jej rękę sięgającą do klamki i zapytał, czy można na pewno zaufać tamtej dziewczynie. Daliwia wzruszyła ramionami.
– Twoim zadaniem jest potwierdzenie tego. Tylko jej niczym nie gróź, postaraj się zrobić dobre wrażenie.
                Wyszli i usiedli w piątkę w kuchni, każdy otrzymał po kawie, poza Mańkiem, który wydawał się być usatysfakcjonowany wodą, rozmowa się w miarę kleiła, kierowała nią żywo Roksana zainteresowana nowo przybyłymi. Daliwii to się nie podobało, więc milczała i obserwowała ją przysłuchując uważnie, żeby z tego wyciągnąć jak najwięcej o niej.
- Tylko nie miej na żadnego z nich chrapki - rzuciła w pewnym momencie ni to żartem, ni to serio, chociaż w jej głosie pobrzmiewała stanowczość i groźba. – Bo już mam kogoś dla nich.
- Kogo? – oburzył się Damian – Nie będziesz o tym decydować.
- Ty się nawet nie zorientujesz, kiedy zacznę wprowadzać mój plan w życie – zaśmiała się dziewczyna. – Konsultuję go tylko z Mańkiem. – Pies zaszczekał twierdząco.
- A ty nic na to nie powiesz? – Chłopak skierował te słowa do Hektora.
- Nie mogę mieć nikogo, ona dobrze o tym wie i nie rozumiem, czemu opowiada takie głupoty. – Strażnik wzruszył ramionami.
- A czemu nie możesz? Na moje oko, to żadna dziewczyna ci się nie oprze. – Roksana uśmiechnęła się do niego zalotnie, ale jego wzrok by skierowany gdzieś daleko.
- Kochany, gdy będę miała coś do powiedzenia to i nawet tradycja mi się nie oprze. – Daliwia dotknęła jego ramienia i posłała mu uśmiech pocieszenia.
                Atmosfera odrobinę się zagęściła, ale po chwili konwersacja wróciła na normalne, nieszkodliwe tory, chociaż Roksana zaczęła nieco podejrzliwiej przyglądać się swojej współlokatorce. Odwiedzimy zakończyły się oglądaniem mieszkania. Nie było ono dużo, ale wystarczające na dwie osoby. Po prawej stronie od korytarza znajdował się najpierw mały schowek, potem łazienka i kuchnia, w której stał stół z czterema krzesłami. Po drugiej stronie  znajdowały się dwa pokoje, jeden większy, który zajęła Roksana i mniejszy przypadający Daliwii. Niewyposażone było w sprzęty elektroniczne najnowszej generacji, ale działały sprawnie. Umeblowane też było na odrobinę starszą modłę, ale żadnej z dziewczyn to nie przeszkadzało. W pokoju Kapłanki mieściło się pojedyncze łóżko, biurko z obrotowym krzesłem, dwie komody i stojące lustro. Wszystko jej pasowało, już planowała, jak to wszystko przyozdobi i kombinowała, gdzie wciśnie drugie łóżko, albo chociaż materac dla Hektora. Daliwia spakowała mały plecak i zapowiedziała, że idzie odprowadzić przyjaciół, choć tak naprawdę wracała do Domu Zwierząt wysłuchiwać narzekań Staromłodego na temat jednego dnia, kiedy to nie zrobili próby.

                Trzy tygodnie później Daliwia opracowywała plan ucieczki, widząc jak przestrzeń przed Świątynią zaczyna się zmieniać w wielką scenę dla jej osoby.
- Hektor, gdzie najlepiej się zaszyć, żeby Cię nikt nie znalazł? – zapytała przyjaciela czytającego spokojnie gazetę.
- Masz jeszcze dwa dni, nie denerwuj się – odparł, kątem oka zerkając na jej przygotowania do jakiegoś spotkania w Alfie.
                Nie podobało mu się, że znowu musi tam iść. Przejścia przez Zasłonę nie należały do przyjemnych. Przeszedł rozmaite szkolenia, lecz żadne go nie przygotowywały na niedogodności związane z kontaktem z Energią. Zawroty głowy, nudności, uczucie ucisku w klatce, nigdy jednak nie przyznał tego przed Daliwią. Udawał spokojnego, bo wiedział, że ona tego potrzebuje, sam w środku drżał z niepokoju. Za dwa dni oficjalnie mieli przejąć swoje w wielkiej oprawie i cieszył się, że dziewczyna chociaż na chwilę oderwie myśli od tego wydarzenia i skupi się na czym innym. Westchnął ciężko i przytaknął, że wygląda dobrze, gdy padło to znienawidzone przez mężczyzn pytanie. Przez myśl przemknęło mu, że może gdyby jeszcze towarzyszył mu ktoś inny, inaczej by się na tą wycieczkę zapatrywał. Ale zaraz się otrząsnął i stwierdził, że marzenia to zły pomysł.
                Staromłody ledwo dał się przekonać na to, żeby jego ukochana podopieczna wychodziła dwa dni przed Inicjacją, ale widząc jej podekscytowanie sprawami studiów, nie był w stanie powiedzieć nie. Jemu samemu zebrało się na wspominki z okresu nauki na wyższej uczelni.
                Na miejscu Hektor nie rozstawał się z przyjaciółką na krok, ale widział jak się denerwuje. Znał ją na tyle dobrze, by pod przykrywką uśmiechu, zauważyć wewnętrzną walkę. Chciała poznać nowych ludzi i nawiązać kontakty, ale paraliżował ją strach. Wiedział również, że jego obecność nie jest zbyt pomocna, ponieważ gromił wszystkich wzrokiem. Każdy był obcy, zatem i podejrzany, ale Boski Strażnik postanowił trochę odpuścić i wycofał się na ławkę pod ścianą, by z oddalenia obserwować przyszłych adeptów sztuki archeologicznej. Kapłanka stała niepewnie i rozglądała się nerwowo w około. Podszedł do niej jakiś chłopak, chwilę porozmawiał i zaciągnął do większego grona osób, co nie było do końca udanym pomysłem. Daliwii ciężko się było przebić, kiwała głową, słuchała, lecz jej głos rzadko miał posłuch. Hektor domyślał się, że chwilowo kontrolę przejęły przyzwyczajenia Liwii. Dziewczyna przecież w domu zachowywała się zupełnie inaczej. Posłała mu uśmiech, którego odzwierciedlenia nie mógł znaleźć w jej oczach. Westchnął ciężko. Było mu przykro, chociaż cieszył się. Mniej przyjaciół w Alfie było równoznaczne z brakiem większej ilości problemów. Przymknął na chwilę oczy, ale zaniepokoił go głośny wybuch śmiechu. Jego wzrok w pierwszej chwili skierował się ku Kapłance, jej policzki wprost płonęły ze wstydu, a oczy się zeszkliły. Tego dla niego było za dużo, postanowił zareagować, ale zanim przebył te kilka metrów, poczuł silne uderzenie i brak tchu. Zrobił to, co zawsze w takich sytuacjach, przytulił ją i próbował zrozumieć, co mamrocze pod nosem. Zapytał, o co chodziło, gdy tylko wyszli z budynku. Daliwia odwróciła się jeszcze i spojrzała jak roześmiana grupka, której przychylność starała się przed chwilą zdobyć, zamierza się dalej integrować.
- Śmiali się, że nie mam fejsa, ani konta na niczym innym – odpowiedziała zasmuconym głosem.
                Liwia nigdy nie czuła potrzeby posiadania tego typu profili, Dalia zaś wychowywała się bez środków masowego przekazu. Nawet jeśli miałaby do takowych dostęp, nie mogłaby ich używać, nie miała do tego praw. Byłaby wtedy zbyt dostępna dla ludzi, za bardzo taka jak oni,  a do tego nie można było dopuścić. Kapłanka miała być czymś tak odległym i tajemniczym jak sama Bogini. Daliwia nie zamierzała się do tego dostosowywać, zrobiło jej się po prostu przykro, od dawna nie była postawiona w takiej sytuacji, nie od momentu połączenia się w jedno. Osobno każda radziła sobie z tym na własny sposób. Spojrzała na Hektora i uśmiechnęła się, miała przecież kochanych przyjaciół, po co byli jej kolejni.

Beta
Przygotowania do Inicjacji zaczęły się już wieczór wcześniej. Daliwia wychodziła w lekkiej sukience, kiedy Dom Zwierząt zaczął ożywiać. Pojawiły się sprzątaczki i kucharki, Staromłody biegał i narzekał, że nie mieści się z żaden garnitur. Gwar i chaos w pozytywnym znaczeniu. Projektanci wybranych przez nią sukien przyjechali dopilnować, by ich kreacje były odpowiednio wyeksponowane. Wchodzili głęboko w las dopóki jedynymi słyszanymi przez nich dźwiękami nie był delikatny szum liści i powoli budzące się nocne życie. Usłyszała potok i zaczęła zmierzać w jego kierunku. Księżyc powoli wychylał się z zza chmur. Stwierdziła, że to ładna pogoda na zimną kąpiel. Rozebrała się i powoli weszła do wody. Starała się wyciszyć i pogodzić ze swoim losem, nie odczuwała przez to zimna, a gonitwa myśli powoli wygasała. Teraz był czas, żeby przejść pierwszy etap oczyszczenie. 
- Daliwio, jeśli mamy zdążyć, powinnaś się zbierać – usłyszała ściszony głos Hektora, chociaż w jej głowie rozbrzmiał niczym krzyk.
                Zanurzyła się w wodzie po raz ostatni i wyszła trzęsąc się z zimna. Jej przyjaciel chciał jej podać cokolwiek, lecz wiedział, że nie mógł. Co rozpoczęli, musieli skończyć, a potem nie będzie już odwrotu. Wykonała gest, którym prosiła, aby ją prowadził do następnego etapu. Hektor narzucił jej tempo wystarczające do rozgrzania się, jednak uważał, by przy tym  nie zraniła za mocno stóp. Po kilku godzinach doprowadził ją do miejsca przeznaczenia. Świątynia o wschodzie słońca wyglądała pięknie. Napawali się przez chwilę tym widokiem, ale podmuch wiatru jakby ich poganiał. Powinna już być w środku, lecz mimo to nie śpieszyła się. Daliwia wpatrywała się w kamienną konstrukcję i próbowała uspokoić bijące serce. Każdy etap był trudniejszy od poprzedniego. Podeszli do wejścia, dziewczyna uśmiechnęła się nikło do przyjaciela, wiedziała, że z nim będzie bezpieczna. Pragnęła tylko, żeby ją przytulił na pocieszenie, jak tylko on potrafi, ale nie mógł tego zrobić. Nikt nie mógł jej dotknąć, ani jej przeszkodzić. Zaczęła się trząść, ale stawiała powoli niepewne kroki ku wnętrzu Świątyni. Przy poszczególnych segmentach wisiały suknie, które dla nich wybrała i prezentowały się pięknie. Uklękła przed ołtarzem i zamknęła oczy. Do zachodu słońca czekała ją medytacja.

                Myślami była w wielu miejscach. Żegnała się z nimi wiedząc, że dla niej wszystko się kończy. Dom, rodzice, częściowo Alfa i ona sama. Czuła, że zmiana jej nie ominie. Jednocześnie miał zacząć się kolejny etap, ale złożony z poświęceń. Wyobrażała sobie, że Bogini stoi przed nią w trzech postaciach, wyglądając jak zwykła kobieta i prowadzą rozmowę.
- Mówiłam ci wielokrotnie, że się nie nadaję, ale ty się uparłaś, żebym była Kapłanką. Tylko nie płacz, jak nie wszystko pójdzie po twojej myśli – westchnęła ciężko w myślach. – Ale zrobię wszystko, co chcesz, tylko raz na jakiś czas podpowiedz, czego ode mnie oczekujesz. Proszę cię jednak, wymagaj ode mnie, ale nie od moich przyjaciół. Nie od Hektora, proszę cię, on jest za dobry, na takie życie … - pojedyncza łza przecięła jej policzek i spadła na idealnie przyciętą trawę.
                Czyniła już tak wielokrotnie, przeprowadzała wyimaginowane rozmowy, nigdy nie otrzymując odpowiedzi. Przez chwilę zbierało się jej na płacz, ale otrząsnęła się szybko, wiedząc, że będzie to widoczne. Kąciki jej ust podniosły się delikatnie, przecież to był najważniejszy dzień w jej życiu. Bardzo malutka cześć jej osoby chciała tego, bo zdawała sobie sprawę, z czym to się wiąże: z obowiązkami, ale też z władzą i wpływami, a co najważniejsze z możliwościami na pomoc wszystkim mieszkańcom Bety. Była ciekawa jak na to zareaguje, na ten prestiż, posłuch i przywileje. Teraz jej się to oficjalnie należało, mogła zmieniać świat. Poczuła w sobie siłę i gwałtownie otworzyła oczy. Słońce chyliło się ku zachodowi, widziała jak powoli znika za zasłoną drzew patrząc na drugi koniec Świątyni. Wstała powoli, mięśnie jej drżały, była cała odrętwiała i obawiała się, że za chwilę upadnie. Wzięła głęboki oddech i powoli się odwróciła ku skupionym na jej osobie setkach, tysiącach par oczu. Spojrzała gdzieś ponad nimi i zaczęła iść. Tak jak wielokrotnie trenowała ze Staromłodym, powoli, dumnie i kobieco. Każdy krok przychodził jej z coraz większą łatwością, cieszyła się tym i stanęła w wyznaczonym miejscu. Chociaż drżała z zimna, a jej ciało chciało zakończyć to jak najszybciej, zrobiła wymowną przerwę i rozejrzała się. Panowała cisza. Teraz chodziło tylko o nią. Błagała sama siebie, by nie zawiódł jej własny głos.
- Ja, Daliwia… – zaczęła niepewnie. Siła i pewność siebie, które ją wcześniej napędzały, zniknęły. – Wybrana przez Wielką Boginię stoję przed wami i oświadczam, że nie mam nic do ukrycia. Będąc Kapłanką służę Bogini, ale przede wszystkim wam. Obiecuję spełniać wszystkie powierzone mi obowiązki, jak najlepiej będę w stanie. – Rozłożyła szeroko ręce. – Oceniać będziecie, gdy zakończę służbę, teraz musicie zaakceptować decyzję Bogini. – Odwróciła się z powrotem i tym samym krokiem podeszła do wejścia. – Boski Strażniku – zwróciła się do Hektora – Opiekunie Domu Zwierząt – do Staromłodego.
                Pomogli jej na nagie ciało nałożyć suknie wszystkich segmentów. Jej projektantka stała w honorowym miejscu i omal nie płakała. Gdy była już gotowa, podano jej kamienny nóż używany od pokoleń do składania ofiar oraz małą pochodnię. Wpadła w trans i liczyło się tylko, żeby doprowadzić to do końca. Weszła ponownie do środka i podpaliła swoje rzeczy ułożone wcześniej na ołtarzu: jej rysunki, podręcznik, listy do Liwii, wszystkio, co kojarzyło jej się z dzieciństwem. Zbierała je do specjalnego pudełka od lat. Spoglądała przez chwilę na płomień i przeszła do kolejnych etapów Inicjacji.
- Tane, kończę poprzednie życie spalając jego fragmenty. Vite – nacięła nożem wewnętrzną stronę dłoni i pozwoliła krwi spłynąć z niej do zewnętrznych wyżłobień na ołtarzu – naradzam się, jako wasza Wielka Kapłanka, co symbolizuję ofiarą z własnej krwi. Animate, spraw, abym dobrze kierowała twoimi poddanymi. – Zapadła chwila ciszy, podczas której wpatrywała się w płonący ołtarz. – Wielka Bogini, przedstawiam ci się jako Daliwia, twoja Wielka Kapłanka.
                Zamknęła na chwilę oczy, owiał ją dym, dała się ponieść tej mistycznej atmosferze, ale wiedziała, że zostało jeszcze jedno. Podniosła powieki i wyszła ze Świątyni, czekała aż ponownie się na nią napatrzą. Nie wiedziała jednak, że szczególną rolę odegrają dwie wpatrzone w nią pary oczu, w tym jedna poza wszystkimi zgromadzonymi na polanie.
- Oto pięćsetna Wielka Kapłanka Daliwia! – zakrzyknął Staromłody. Rozległy się wiwaty, lecz on skupił się na swojej podopiecznej. Nie wiedział, o czym myśli dziewczyna, ale był świadomy jednego: stało się. I nie ma już odwrotu.

___________________________________________________________________________________

Odwieszam! :) Myślałam, że powrót tutaj zajmie mi więcej czasu, ale w końcu stało się. Miło wrócić do pisania czegoś, co się lubi :), albo przynajmniej nie przyprawia o ból głowy. Wybaczcie, że wyszło, jak wyszło. Niestety przeceniłam swoje siły, ale mam nadzieję, że te wakacje w rozdziały będą obfite.
© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon