Quod scimus gutta est, ignoramus mare

Rozdział 8



Alfa
                Sierpień dla Daliwii i jej bliskich był ciężkim czasem. Oficjalne uroczystości związane z przejęciem przez nią funkcji Wielkiej Kapłanki zbliżały się nieubłaganie, ona sama jak i Staromłody nie mogli już na siebie patrzeć. Każdy kolejny dzień ćwiczeń i prób kończył się kłótnią i trzaskaniem drzwiami. Ledwo dziewczyna zdołała opanować jakiś element skomplikowanej ceremonii, a już poznawała kolejny, czasami tak detaliczny, że zapominała o nim skupiając się na innych, które powinna wykonać. Raz na tydzień odwiedzała Damiana pod opieką Hektora, który nadal niechętnie przebywał w Alfie, chociaż zauważyła, że przestał mordować wzrokiem jej przyjaciela, gdy tylko go widział. Nadal zastanawiała się, co się działo, gdy zostali sami po raz pierwszy, gdy ich sobie przedstawiła, nigdy o to nie pytała i stwierdziła, że przyjdzie jeszcze na to odpowiedni czas. Codziennie rano, w południe i wieczór przypominała sobie formułkę, którą miała wymówić w czasie uroczystości. Pod koniec miesiąca towarzyszyła Opiekunowi Domu Zwierząt w przyjmowaniu listów i poselstw potwierdzających przybycie gości na ten dzień. Coraz bardziej powiększająca się lista przeraziła ją, więc nigdy więcej nie brała w tym udziału, żeby się nie stresować bardziej niż to było potrzebne. Do tego wszystkiego dochodziły zbliżające się wielkimi krokami studia, przy których musiała pilnować skomplikowanej papierologii.
                Wraz z nastaniem września musiała pojawić się w mieszkaniu i podpisać umowę oraz poznać swoją współlokatorkę. Gdy ją zobaczyła, zaczęła kojarzyć jakieś fakty z odległej przeszłości, a że miała ich dwie linie trwające po kilkanaście lat, nie dziwotą jest, że nazwisko nie wystarczyło, żeby wszystko sobie poukładać. Damian również przeprowadził się do swojej kawalerki, która co prawda była w sporym oddaleniu, ale miała do niego bezpośredni dojazd komunikacją miejską, co ją bardzo cieszyło. Tego dnia również oddała mu pod opiekę Hektora, a sama poznawała się ze swoją współlokatorką. Miała na imię Roksana i na pierwszy rzut oka była miła oraz bardzo gadatliwa, co niekiedy doprowadzało Daliwię do szału. Gdyby miała ją opisać, stwierdziłaby, że natura nie poskąpiła jej urody. Miała jasnorude włosy, które układały jej się nadzwyczajnie prosto i tworzyły ciekawą kompozycję z niebieskimi oczyma. Była wysportowana i szczupła, więc Daliwia nie dziwiła się, że idzie na akademię sportową, pasowała tam.  Przyszła Kapłanka starała się nie mówić za dużo o sobie, nie, gdy rozmawiały ze sobą pierwszy raz. I tak nie zamierzała przebywać za często w mieszkaniu w najbliższym czasie. Jeżeli miałaby się zaprzyjaźnić, to będą miały na to czas, bardzo dużo czasu.
                Właśnie kończyła sprzątanie swojego pokoju, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Roksana wyprzedziła ją i już po chwili Daliwia usłyszała znajome szczeknięcie. Uśmiechnęła się. Do mieszkania wbiegł niczym torpeda Maniek, który nawet się z nią nie przywitał, tylko stwierdził, że sprawdzi, czy tu na pewno jest bezpiecznie. Po nim, zmęczeni targaniem jej walizek na trzecie piętro, Damian i Hektor. Rzuciła się, żeby im pomóc i zaprowadzić zaraz do swojego pokoju.
- Hej, mieliśmy to załatwić pod koniec miesiąca! Odbiło wam?! – Zaczęła ich forsować zaraz po zamknięciu drzwi. Miała przeczucie, że jej nowa znajoma jest bardzo zainteresowana ich przybyciem, widziała jej cień krążący za drzwiami.
- Może chociaż jakieś podziękowania za targanie twoich rzeczy komunikacją miejską? – żachnął się Damian opadając na jej łóżko. Hektor podejrzliwie obserwował drzwi, spodziewając się ewentualnego wtargnięcia. Wpuścił tylko Mańka, który skończył obchód i stwierdził, że Daliwia może tu mieszkać. – Ojciec jutro chce przyjechać z rana. Wybacz, nie miałem jak i gdzie tego przechować.
- Dobra, rozumiem – westchnęła ciężko Daliwia i spojrzała na całą trójkę. Cieszyła się, że ma ich przy sobie. – A teraz chodźcie, wypadałoby was przedstawić. – Hektor chwycił jej rękę sięgającą do klamki i zapytał, czy można na pewno zaufać tamtej dziewczynie. Daliwia wzruszyła ramionami.
– Twoim zadaniem jest potwierdzenie tego. Tylko jej niczym nie gróź, postaraj się zrobić dobre wrażenie.
                Wyszli i usiedli w piątkę w kuchni, każdy otrzymał po kawie, poza Mańkiem, który wydawał się być usatysfakcjonowany wodą, rozmowa się w miarę kleiła, kierowała nią żywo Roksana zainteresowana nowo przybyłymi. Daliwii to się nie podobało, więc milczała i obserwowała ją przysłuchując uważnie, żeby z tego wyciągnąć jak najwięcej o niej.
- Tylko nie miej na żadnego z nich chrapki - rzuciła w pewnym momencie ni to żartem, ni to serio, chociaż w jej głosie pobrzmiewała stanowczość i groźba. – Bo już mam kogoś dla nich.
- Kogo? – oburzył się Damian – Nie będziesz o tym decydować.
- Ty się nawet nie zorientujesz, kiedy zacznę wprowadzać mój plan w życie – zaśmiała się dziewczyna. – Konsultuję go tylko z Mańkiem. – Pies zaszczekał twierdząco.
- A ty nic na to nie powiesz? – Chłopak skierował te słowa do Hektora.
- Nie mogę mieć nikogo, ona dobrze o tym wie i nie rozumiem, czemu opowiada takie głupoty. – Strażnik wzruszył ramionami.
- A czemu nie możesz? Na moje oko, to żadna dziewczyna ci się nie oprze. – Roksana uśmiechnęła się do niego zalotnie, ale jego wzrok by skierowany gdzieś daleko.
- Kochany, gdy będę miała coś do powiedzenia to i nawet tradycja mi się nie oprze. – Daliwia dotknęła jego ramienia i posłała mu uśmiech pocieszenia.
                Atmosfera odrobinę się zagęściła, ale po chwili konwersacja wróciła na normalne, nieszkodliwe tory, chociaż Roksana zaczęła nieco podejrzliwiej przyglądać się swojej współlokatorce. Odwiedzimy zakończyły się oglądaniem mieszkania. Nie było ono dużo, ale wystarczające na dwie osoby. Po prawej stronie od korytarza znajdował się najpierw mały schowek, potem łazienka i kuchnia, w której stał stół z czterema krzesłami. Po drugiej stronie  znajdowały się dwa pokoje, jeden większy, który zajęła Roksana i mniejszy przypadający Daliwii. Niewyposażone było w sprzęty elektroniczne najnowszej generacji, ale działały sprawnie. Umeblowane też było na odrobinę starszą modłę, ale żadnej z dziewczyn to nie przeszkadzało. W pokoju Kapłanki mieściło się pojedyncze łóżko, biurko z obrotowym krzesłem, dwie komody i stojące lustro. Wszystko jej pasowało, już planowała, jak to wszystko przyozdobi i kombinowała, gdzie wciśnie drugie łóżko, albo chociaż materac dla Hektora. Daliwia spakowała mały plecak i zapowiedziała, że idzie odprowadzić przyjaciół, choć tak naprawdę wracała do Domu Zwierząt wysłuchiwać narzekań Staromłodego na temat jednego dnia, kiedy to nie zrobili próby.

                Trzy tygodnie później Daliwia opracowywała plan ucieczki, widząc jak przestrzeń przed Świątynią zaczyna się zmieniać w wielką scenę dla jej osoby.
- Hektor, gdzie najlepiej się zaszyć, żeby Cię nikt nie znalazł? – zapytała przyjaciela czytającego spokojnie gazetę.
- Masz jeszcze dwa dni, nie denerwuj się – odparł, kątem oka zerkając na jej przygotowania do jakiegoś spotkania w Alfie.
                Nie podobało mu się, że znowu musi tam iść. Przejścia przez Zasłonę nie należały do przyjemnych. Przeszedł rozmaite szkolenia, lecz żadne go nie przygotowywały na niedogodności związane z kontaktem z Energią. Zawroty głowy, nudności, uczucie ucisku w klatce, nigdy jednak nie przyznał tego przed Daliwią. Udawał spokojnego, bo wiedział, że ona tego potrzebuje, sam w środku drżał z niepokoju. Za dwa dni oficjalnie mieli przejąć swoje w wielkiej oprawie i cieszył się, że dziewczyna chociaż na chwilę oderwie myśli od tego wydarzenia i skupi się na czym innym. Westchnął ciężko i przytaknął, że wygląda dobrze, gdy padło to znienawidzone przez mężczyzn pytanie. Przez myśl przemknęło mu, że może gdyby jeszcze towarzyszył mu ktoś inny, inaczej by się na tą wycieczkę zapatrywał. Ale zaraz się otrząsnął i stwierdził, że marzenia to zły pomysł.
                Staromłody ledwo dał się przekonać na to, żeby jego ukochana podopieczna wychodziła dwa dni przed Inicjacją, ale widząc jej podekscytowanie sprawami studiów, nie był w stanie powiedzieć nie. Jemu samemu zebrało się na wspominki z okresu nauki na wyższej uczelni.
                Na miejscu Hektor nie rozstawał się z przyjaciółką na krok, ale widział jak się denerwuje. Znał ją na tyle dobrze, by pod przykrywką uśmiechu, zauważyć wewnętrzną walkę. Chciała poznać nowych ludzi i nawiązać kontakty, ale paraliżował ją strach. Wiedział również, że jego obecność nie jest zbyt pomocna, ponieważ gromił wszystkich wzrokiem. Każdy był obcy, zatem i podejrzany, ale Boski Strażnik postanowił trochę odpuścić i wycofał się na ławkę pod ścianą, by z oddalenia obserwować przyszłych adeptów sztuki archeologicznej. Kapłanka stała niepewnie i rozglądała się nerwowo w około. Podszedł do niej jakiś chłopak, chwilę porozmawiał i zaciągnął do większego grona osób, co nie było do końca udanym pomysłem. Daliwii ciężko się było przebić, kiwała głową, słuchała, lecz jej głos rzadko miał posłuch. Hektor domyślał się, że chwilowo kontrolę przejęły przyzwyczajenia Liwii. Dziewczyna przecież w domu zachowywała się zupełnie inaczej. Posłała mu uśmiech, którego odzwierciedlenia nie mógł znaleźć w jej oczach. Westchnął ciężko. Było mu przykro, chociaż cieszył się. Mniej przyjaciół w Alfie było równoznaczne z brakiem większej ilości problemów. Przymknął na chwilę oczy, ale zaniepokoił go głośny wybuch śmiechu. Jego wzrok w pierwszej chwili skierował się ku Kapłance, jej policzki wprost płonęły ze wstydu, a oczy się zeszkliły. Tego dla niego było za dużo, postanowił zareagować, ale zanim przebył te kilka metrów, poczuł silne uderzenie i brak tchu. Zrobił to, co zawsze w takich sytuacjach, przytulił ją i próbował zrozumieć, co mamrocze pod nosem. Zapytał, o co chodziło, gdy tylko wyszli z budynku. Daliwia odwróciła się jeszcze i spojrzała jak roześmiana grupka, której przychylność starała się przed chwilą zdobyć, zamierza się dalej integrować.
- Śmiali się, że nie mam fejsa, ani konta na niczym innym – odpowiedziała zasmuconym głosem.
                Liwia nigdy nie czuła potrzeby posiadania tego typu profili, Dalia zaś wychowywała się bez środków masowego przekazu. Nawet jeśli miałaby do takowych dostęp, nie mogłaby ich używać, nie miała do tego praw. Byłaby wtedy zbyt dostępna dla ludzi, za bardzo taka jak oni,  a do tego nie można było dopuścić. Kapłanka miała być czymś tak odległym i tajemniczym jak sama Bogini. Daliwia nie zamierzała się do tego dostosowywać, zrobiło jej się po prostu przykro, od dawna nie była postawiona w takiej sytuacji, nie od momentu połączenia się w jedno. Osobno każda radziła sobie z tym na własny sposób. Spojrzała na Hektora i uśmiechnęła się, miała przecież kochanych przyjaciół, po co byli jej kolejni.

Beta
Przygotowania do Inicjacji zaczęły się już wieczór wcześniej. Daliwia wychodziła w lekkiej sukience, kiedy Dom Zwierząt zaczął ożywiać. Pojawiły się sprzątaczki i kucharki, Staromłody biegał i narzekał, że nie mieści się z żaden garnitur. Gwar i chaos w pozytywnym znaczeniu. Projektanci wybranych przez nią sukien przyjechali dopilnować, by ich kreacje były odpowiednio wyeksponowane. Wchodzili głęboko w las dopóki jedynymi słyszanymi przez nich dźwiękami nie był delikatny szum liści i powoli budzące się nocne życie. Usłyszała potok i zaczęła zmierzać w jego kierunku. Księżyc powoli wychylał się z zza chmur. Stwierdziła, że to ładna pogoda na zimną kąpiel. Rozebrała się i powoli weszła do wody. Starała się wyciszyć i pogodzić ze swoim losem, nie odczuwała przez to zimna, a gonitwa myśli powoli wygasała. Teraz był czas, żeby przejść pierwszy etap oczyszczenie. 
- Daliwio, jeśli mamy zdążyć, powinnaś się zbierać – usłyszała ściszony głos Hektora, chociaż w jej głowie rozbrzmiał niczym krzyk.
                Zanurzyła się w wodzie po raz ostatni i wyszła trzęsąc się z zimna. Jej przyjaciel chciał jej podać cokolwiek, lecz wiedział, że nie mógł. Co rozpoczęli, musieli skończyć, a potem nie będzie już odwrotu. Wykonała gest, którym prosiła, aby ją prowadził do następnego etapu. Hektor narzucił jej tempo wystarczające do rozgrzania się, jednak uważał, by przy tym  nie zraniła za mocno stóp. Po kilku godzinach doprowadził ją do miejsca przeznaczenia. Świątynia o wschodzie słońca wyglądała pięknie. Napawali się przez chwilę tym widokiem, ale podmuch wiatru jakby ich poganiał. Powinna już być w środku, lecz mimo to nie śpieszyła się. Daliwia wpatrywała się w kamienną konstrukcję i próbowała uspokoić bijące serce. Każdy etap był trudniejszy od poprzedniego. Podeszli do wejścia, dziewczyna uśmiechnęła się nikło do przyjaciela, wiedziała, że z nim będzie bezpieczna. Pragnęła tylko, żeby ją przytulił na pocieszenie, jak tylko on potrafi, ale nie mógł tego zrobić. Nikt nie mógł jej dotknąć, ani jej przeszkodzić. Zaczęła się trząść, ale stawiała powoli niepewne kroki ku wnętrzu Świątyni. Przy poszczególnych segmentach wisiały suknie, które dla nich wybrała i prezentowały się pięknie. Uklękła przed ołtarzem i zamknęła oczy. Do zachodu słońca czekała ją medytacja.

                Myślami była w wielu miejscach. Żegnała się z nimi wiedząc, że dla niej wszystko się kończy. Dom, rodzice, częściowo Alfa i ona sama. Czuła, że zmiana jej nie ominie. Jednocześnie miał zacząć się kolejny etap, ale złożony z poświęceń. Wyobrażała sobie, że Bogini stoi przed nią w trzech postaciach, wyglądając jak zwykła kobieta i prowadzą rozmowę.
- Mówiłam ci wielokrotnie, że się nie nadaję, ale ty się uparłaś, żebym była Kapłanką. Tylko nie płacz, jak nie wszystko pójdzie po twojej myśli – westchnęła ciężko w myślach. – Ale zrobię wszystko, co chcesz, tylko raz na jakiś czas podpowiedz, czego ode mnie oczekujesz. Proszę cię jednak, wymagaj ode mnie, ale nie od moich przyjaciół. Nie od Hektora, proszę cię, on jest za dobry, na takie życie … - pojedyncza łza przecięła jej policzek i spadła na idealnie przyciętą trawę.
                Czyniła już tak wielokrotnie, przeprowadzała wyimaginowane rozmowy, nigdy nie otrzymując odpowiedzi. Przez chwilę zbierało się jej na płacz, ale otrząsnęła się szybko, wiedząc, że będzie to widoczne. Kąciki jej ust podniosły się delikatnie, przecież to był najważniejszy dzień w jej życiu. Bardzo malutka cześć jej osoby chciała tego, bo zdawała sobie sprawę, z czym to się wiąże: z obowiązkami, ale też z władzą i wpływami, a co najważniejsze z możliwościami na pomoc wszystkim mieszkańcom Bety. Była ciekawa jak na to zareaguje, na ten prestiż, posłuch i przywileje. Teraz jej się to oficjalnie należało, mogła zmieniać świat. Poczuła w sobie siłę i gwałtownie otworzyła oczy. Słońce chyliło się ku zachodowi, widziała jak powoli znika za zasłoną drzew patrząc na drugi koniec Świątyni. Wstała powoli, mięśnie jej drżały, była cała odrętwiała i obawiała się, że za chwilę upadnie. Wzięła głęboki oddech i powoli się odwróciła ku skupionym na jej osobie setkach, tysiącach par oczu. Spojrzała gdzieś ponad nimi i zaczęła iść. Tak jak wielokrotnie trenowała ze Staromłodym, powoli, dumnie i kobieco. Każdy krok przychodził jej z coraz większą łatwością, cieszyła się tym i stanęła w wyznaczonym miejscu. Chociaż drżała z zimna, a jej ciało chciało zakończyć to jak najszybciej, zrobiła wymowną przerwę i rozejrzała się. Panowała cisza. Teraz chodziło tylko o nią. Błagała sama siebie, by nie zawiódł jej własny głos.
- Ja, Daliwia… – zaczęła niepewnie. Siła i pewność siebie, które ją wcześniej napędzały, zniknęły. – Wybrana przez Wielką Boginię stoję przed wami i oświadczam, że nie mam nic do ukrycia. Będąc Kapłanką służę Bogini, ale przede wszystkim wam. Obiecuję spełniać wszystkie powierzone mi obowiązki, jak najlepiej będę w stanie. – Rozłożyła szeroko ręce. – Oceniać będziecie, gdy zakończę służbę, teraz musicie zaakceptować decyzję Bogini. – Odwróciła się z powrotem i tym samym krokiem podeszła do wejścia. – Boski Strażniku – zwróciła się do Hektora – Opiekunie Domu Zwierząt – do Staromłodego.
                Pomogli jej na nagie ciało nałożyć suknie wszystkich segmentów. Jej projektantka stała w honorowym miejscu i omal nie płakała. Gdy była już gotowa, podano jej kamienny nóż używany od pokoleń do składania ofiar oraz małą pochodnię. Wpadła w trans i liczyło się tylko, żeby doprowadzić to do końca. Weszła ponownie do środka i podpaliła swoje rzeczy ułożone wcześniej na ołtarzu: jej rysunki, podręcznik, listy do Liwii, wszystkio, co kojarzyło jej się z dzieciństwem. Zbierała je do specjalnego pudełka od lat. Spoglądała przez chwilę na płomień i przeszła do kolejnych etapów Inicjacji.
- Tane, kończę poprzednie życie spalając jego fragmenty. Vite – nacięła nożem wewnętrzną stronę dłoni i pozwoliła krwi spłynąć z niej do zewnętrznych wyżłobień na ołtarzu – naradzam się, jako wasza Wielka Kapłanka, co symbolizuję ofiarą z własnej krwi. Animate, spraw, abym dobrze kierowała twoimi poddanymi. – Zapadła chwila ciszy, podczas której wpatrywała się w płonący ołtarz. – Wielka Bogini, przedstawiam ci się jako Daliwia, twoja Wielka Kapłanka.
                Zamknęła na chwilę oczy, owiał ją dym, dała się ponieść tej mistycznej atmosferze, ale wiedziała, że zostało jeszcze jedno. Podniosła powieki i wyszła ze Świątyni, czekała aż ponownie się na nią napatrzą. Nie wiedziała jednak, że szczególną rolę odegrają dwie wpatrzone w nią pary oczu, w tym jedna poza wszystkimi zgromadzonymi na polanie.
- Oto pięćsetna Wielka Kapłanka Daliwia! – zakrzyknął Staromłody. Rozległy się wiwaty, lecz on skupił się na swojej podopiecznej. Nie wiedział, o czym myśli dziewczyna, ale był świadomy jednego: stało się. I nie ma już odwrotu.

___________________________________________________________________________________

Odwieszam! :) Myślałam, że powrót tutaj zajmie mi więcej czasu, ale w końcu stało się. Miło wrócić do pisania czegoś, co się lubi :), albo przynajmniej nie przyprawia o ból głowy. Wybaczcie, że wyszło, jak wyszło. Niestety przeceniłam swoje siły, ale mam nadzieję, że te wakacje w rozdziały będą obfite.

Haft #2

O opowiadaniu myślę i myślę, cały czas analizuje, tworzę nowe koncepcje, staram się po prostu wybrać taką, za którą będę podążać. 

Mogłabym ponarzekać o moim chwilowym załamaniu po wizycie u lekarza i braku weny na pisanie licencjatu, ale o tym już się za dużo osób nasłuchało.

Dlatego znowu piszę o czymś, co sprawia mi przyjemność...

Dlatego zacznijmy od początku ;) Skąd się u mnie wzięło na haft? Od mamy, obserwowałam ją i obserwowałam jak ona to robi, i ja jako berbeć jeszcze podstawówkowy/wczesnogimnazjalny też chciałam. Ale raczej na pytanie, czy mogę spróbować dostawałam odmowę. Dzisiaj mamy zupełnie różne upodobania, co do technik, materiału, nici, dobierania kolorów i wzorów. Obie zresztą cierpimy na brak czasu na haftowanie. Więc kiedyś postawiłam na swoim i doprosiłam się o moją pierwszą nadrukowaną kanwę do haftu, obecnie ich zdzierżyć nie mogę :P. Wtedy w mojej małej wiosce nie miałam jak dostać sama, a zakupy internetowe były wtedy dla mnie czarną magią. Mogłam mieć wtedy 13/14 lat, więc od tego momentu minęło już grubo ponad pięć lat i kilka więcej. Gdy zaczynałam każdą nitkę, którą zaczynałam trzeba mi było na nowo tłumaczyć jak to robić, albo jak ją kończyć. Trochę czasu minęło zanim wyrobiłam swoje własne metody, którymi mi operowało się najlepiej, ale cieszę się, że tego nie zarzuciłam i teraz mam swoje nietypowe, odprężające i momentami wnerwiające hobby, którym mogę się cieszyć i bawić. :)

Tak właśnie wyglądała pierwsza rzecz, którą zrobiłam. 
Leży obecnie w kartoniku z rzeczami ukończonymi. 

Potem były bałwanki w zestawie, które znalazłam w szafie leżące latami. Moja mama zamawiając je spodziewała się czegoś innego, więc ja zdecydowałam się w końcu to wykorzystać i teraz robią za ozdoby choinkowe na każde święta, jak się uda to w tym roku dojdą do nich Gwiazdory z podobnego zestawy :). 

Zatem do następnego napisania :).
© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon